Saturday, 3 November 2012

Zdrowaś marycho, buchów pełna...

Tak wiele się mówi ostatnio o legalizacji marichuany, a i innych "miekkich" narkotyków, że i postanowiłem dorzucić do tego swoje trzy grosze, tym bardziej że sprawa jak najbardziej jest międzynarodowa.
Oglądając wypowiedzi niejednego polityka na Youtube możnaby stwierdzić że większość tych, którzy są przeciwko, tak na dobrą sprawę nie mają pojęcia, o czym mówią. Nie to żeby mieli pojęcie o innych dziedzinach w których oczekuje się od nich kompetencji, więc to nic nowego. Przy czym Ci, którzy wymieniają negatywne skutki marichuany mają rację, chociaż zapewne wyolbrzymiają fakty, podobnie jak Ci, którzy wymieniają pozytywne skutki. Ale to nie o to chodzi, przynajmniej moim zdaniem. Sęk w tym, że na wojnę z marichuaną i innymi narkotykami co roku wydaje się niesamowite pieniądze, a jak na ten moment to nie widać żeby przyniosła jakiekolwiek rezultaty lub miała przynieść. Tak samo wydaje się niesamowite pieniądze poprzez służbę zdrowia na lecznie uzależnionych, podobnie z resztą jak w przypadku alkoholu czy papierosów. Nie słyszałem jeszcze żeby komuś odmówiono operacji raka płuc ponieważ jest nałogowym palaczem. Z resztą, taka sama sytuacja jest w mojej nieskromnej opinii z wszystkimi innymi używkami które nie są alkoholem albo papierosami. Jakoś taka powiedzmy Holandia nie wzięła się i nie odleciała w kilka chwil po legalizacji - kraj ten ma się całkiem dobrze. Osobiście nie używam i nie mam ochoty używać narkotyków. Nie piję też i nie palę. Ale nie narzekam że to z moich podatków płaci się za leczenie wszystkich tych, którzy na własne życzenie niszczą swoje ciała. Tak po prostu działa system i tyle. Ale nie rozumiem dlaczego wszyscy tak strasznie obawiają się pójścia naprzód. Bo wbrew wszelkim pozorom, legalizacja i opodatkowanie byłoby krokiem naprzód.

Tuesday, 26 July 2011

Profesjonał chędożony, czyli eksperymentalny wpis o uwstecznieniu

O co chodzi z tym profesjonałem w tytule? Otóż nie mniej, nie więcej niż o jedno z największych wydarzeń w dziedzinie gier komputerowych ostatnimi czasy, czyli o rodzimego Wiedźmina 2. Jednak nie chodzi mi tutaj może stricte o samą grę, o ile o oceny i narzekania jakie podniosły się niedługo po premierze, i usprawiedliwienia jakimi salwowali się recenzujący pisząc recenzje. Otóż Wiedźmin 2 to cód, miód i powidło i w ogóle, ale... Trzeba przeczytać instrukcję. Otóż to! Gra, która nie robi za nas wszystkiego?! Niedopuszczalne!
Ostatnimi czasy przeraża mnie stopień do jakiego uzależnieni jesteśmy od kogoś podającego nam wszystko na talerzu, co powyższa sytuacja obrazuje dość znacznie. Niestety, jest to proceder dość rozpowszechniony, bo nawet w dobie internetu, gdzie wyjaśnienie i instrukcje do praktycznie czegokolwiek można znaleść w przeciągu kilku setnych sekundy za sprawą magicznego Google, coraz częściej trzeba wyjaśniać innym wszystko jak chłop krowie na rowie, bo i to zdaje się zbyt dużym wysiłkiem intelektualnym.Wszystko jest do bólu upraszczane i okrajane z głębi, a język jakim posługują się w zastraszającym gronie internauci zaczyna niepokojąco przypominać orwellowską "Nowomowę". I w takiej dobie przychodzi Wiedźmin, w dniu w którym człowiek potrafi mi powiedzieć "Ale nie czytaj książki, bo sobie film zepsujesz". I ludzie potrafią mu wytknąć, właśnie to że nie złapie Cię za rączkę i nie poprowadzi krok po kroku, za to że zmusi Cię do przeczytania kilku stron w instrukcji, być może poniesienia wirtualnych konsekwencji za swoje wirtualne decyzje.
Dodatkowo, jeśli wierzyć sondażom (a w tym przypadku w zasadzie nie ma powodu żeby nie wierzyć), 56% Polaków w zeszłym roku nie przeczytało ani jednej książki. Ja wiem, że można się usprawiedliwiać brakiem czasu i zajętym trybem życia, ale żeby tak ani jednej? W ogóle nie karmić swojej wyobraźni, bazując po raz kolejny na tym co ktoś być może zaserwuje nam w filmie.
Tutaj zaapelowałbym pewnie o niepozwolenie na upadek samodzielnego myślenia, ale biorąc pod uwagę frekwencję na blogu i fakt że znam większość czytelników, taki apel byłby cokolwiek nie na miejscu. Więc po prostu do następnego razu - a na pewno nastąpi on wkrótce, bo oto wziąłem defibrylator i zacząłem kopać bloga prądem aż zmartwychwstał.

Saturday, 11 September 2010

Eksperymentalny wpis o wszystkim, czyli spraw kilka

Nie wiem czy w ogóle ktoś jeszcze tutaj zagląda, ale mimo wszystko pisanie nawet raz na pół roku jest chyba lepsze niż nie pisanie wcale. Nie? Tak czy inaczej, trochę się tego zebrało od ostatniego razu kiedy wylewałem tutaj swoje frustracje i wściekłości, więc ku prostszej orientacji postanowiłem podzielić całość na części.
I. Obrońcy Krzyża i inne twory mocno antyrosyjskie
Na tyle na ile jestem w stanie stwierdzić to, oglądając polskie wiadomości i czytując co się da na internecie (czyli tak na dobrą sprawę, bazując na źródłach niewiele różniących się od tych na których bazowałbym będąc w Polsce) źle się dzieje nie tylko pod pałacem prezydenckim, ale ogólnie w polskiej polityce. Chociaż zapewne nie jest to żadną niespodzianką ani nowością, ale w momencie kiedy Rosja na swój sposób wyciąga ręce do porozumienia, zaskakująco znaczna część ludzi odpowiedzialnych za wizerunek międzynarodowy znowu desperacko trzyma się tego co jest już przeszłością od ponad dwudziestu lat. Zastanawia mnie wszak, dlaczego Ci wszyscy gorliwi pamiętający o tym jakież to potworne krzywdy wyrządzili nam Rosjanie nie żywią takiej samej nienawiści do powiedzmy - Niemców. Wszak to oni zaczęli drugą wojnę światową!
W głowie mi się to nie mieści, szczególnie po przeczytaniu wczorajszych wiadomości gdzie dowiedziałem się że zapasowa kopia prezydenta przywiodła swoją hordę pod pałac prezydencki z transparentami "Jeszcze Polska czy już Rosja?". A w tle tego wszystkiego należy jeszcze pamiętać od Ameryce, która zlewa na nas ciepłym moczem w sumie od zawsze, a do której wcale nie jest prościej się dostać niż do Rosji, przy czym Amerykanie mają praktycznie rzecz biorąc wolną rękę do operowania w Polsce (np. tarcza antyrakietowa).
Równelegle z tą ogólnie nieprzyjemną polityczną zawieruchą, rzucaniem w siebie nawzajem oskarżeniami o to KTO tak naprawdę jest winny za katastrofę w Smoleńsku (a wcale nie biorąc pod uwagę faktu że takie rzeczy się zdarzają, katastrofy lotnicze się zdarzają i jedyne co możemy z nimi zrobić to uczyć się na własnych błędach, a czasem i to nie pomaga bo nikt nie musi popełniać błędu, czasem nie można wyjaśnić przyczyn) toczy się tak zwana obrona krzyża, czyli najwyraźniej zwyczajowe wsłuchiwanie się w kazania ojca dyrektora komuś nie wystarczało i moherowa horda zdecydowała się  zabrać za coś na świeżym powietrzu. Jestem pewien że każdy czytający ma po dziurki w nosie tej sprawy, więc tylko krótko: krzyż jest przed pałacem, ale kiedy zdecydowano się go przenieść na ulice wyroili się samozwańczy obrońcy owego krzyża i oznajmili że nie dadzą go przenieść. A potem poprzewracało im się we łbach i najpierw zaczęli się domagać tablicy upamiętniającej katastrofę, a później pomnika. Następnie zapewne zaczną się domagać kolejnej statuły Chrystusa w miejscu pałacu, którego zburzenia niewątpliwie zaczną się domagać. W końcu zasłania krzyż.
Moim skromnym zdaniem, to przeniesienie nie powinno być w ogóle oznajmiane publicznie. Po prostu pozbyć się krzyża sprzed pałacu z dnia na dzień, a media poinformować o fakcie dokonanym. Zaoszczędziło by to sporo czasu policjantów, twórcom demotywatorów i komiksów i co najważniejsze, zaoszczędziło by sporo kręcenia głową podczas oglądania wiadomości.
Co ciekawe wszelkie kontrdemonstracje wobec "obrońców" były przez nich samych określane jako anarchia i bezprawie.
II. Holokaust a sprawa Romów we Francji
Jakiś czas temu Francja zaczęła na dość dużą skalę likwidować nielegalne obozowiska rumuńskich Romów, a ich samych odsyłać z powrotem do Rumunii. Normalne? BŁĄD! Akcja spotkała się z mocną krytyką nie tylko ze strony Organizacji Narodów Zjednoczonych i wszystkich tak zwanych organizacji działających na rzecz praw człowieka, jak równierz Europarlamentu. Całość skandalu oscyluje wokół faktu, iż Rumunia (podobnie jak Bułgaria) chociaż jest państwem członkowskim Unii Europejskiej, to nie jest w niej na pełnych prawach, i obywatele tych krajów, nawet jeśli mogą przebywać w innych krajach Unii, jeśli chcą w nich podjąć pracę, muszą starać się o pozwolenia. Wygląda na to jednak że nie jest to najprostsze, i wskutek tego Romowie zamiast starać się o pozwolenia zaczęli masowo zakładać obozowiska we Francji (i nie tylko) a kiedy Francja zareagowała i zaczęła owe obozowiska likwidować, nagle zwykła deportacja stałą się rasizmem. Przy czym ludzie wciąż deportowani są z innych krajów, ale najwyraźniej w niewystarczających ilościach żeby przyciągnąć uwagę publiczności. Przy czym doszło do tego, że jeden z watykańskich oficjeli nazwał to wydarzenie "swego rodzaju Holokaustem", i nic tylko mu za to bić brawo, bo nie ma to jak porównać odesłanie kilkuset ludzi do swojego kraju do śmierci ponad sześciu milionów osób, zagazowanych, zastrzelonych, spalonych i zamęczonych. Nie ma to jak porównać egzekowania prawa do najgorszego przypadku ludobójstwa w historii ludzkości.
Ale mimo wszystko jak się okazuje, wszyscy tylko głośno mówią bo kiedy przyszło do podejmowania decyzji które miałyby mieć jakieś drastyczniejsze konsekwencje dla Francji za to co zrobili, to nic z tego nie wyszło bo Europosłowie najwyraźniej doszli do wniosku że faktycznie - Francuzi egzekwują prawo.
Sam wcale bym się nie zdziwił gdyby mnie deportowano z powrotem do Polski w razie gdybym złamał prawo angielskie. Przy czym zabawne jest jak dużo można zdziałać dzisiaj odgrywają "biedną, uciśnioną mniejszość narodową" - tutaj dochodzi do tego że dzieci w szkołach nie mogą odgrywać jasełek bo zbyt wiele dzieci innych wyznań czuło się urażonych pod względem uczuć religijnych. Tylko ciekawe że oni wszyscy jakoś manifestują swoje religie tak samo, chociażby muzułmańskie kobiety noszące zakryte głowy. A nie widzę armii ateistów ciągających się po sądach za obrazę uczuć...
III. Po pierwsze człowiek
Teraz bezpośrednio dochodzimy do sprawy trzeciej, czyli tego że całemu światu dość znacznie odbiło na punkcie poprawności politycznej, co jest skrupulatnie wykorzystywane przez co bardziej inwazyjne religie. Nie zrozumcie mnie źle, bo niemal żadna religia nie jest z gruntu zła, ale coraz więcej znajduje się ludzi którzy obracają swoje oddanie w fanatyzm, bo wydaje im się że właśnie ich mitologia jest najsłuszniejsza. Jak choćby obrońcy krzyża, bo wszak krzyż jest niczym innym jak symbolem religijnym w mitologii chrześcijańskiej. Tak, mitologii, ponieważ jest to zbiór przypowieści w jakiś sposób tłumaczących powstanie świata i nawiązujących także do życiowych sytuacji. Na tej samej zasadzie działała kiedyś mitologia grecka czy egipska. Niemniej, coraz rzadziej spotykamy się z osobami które spoglądając na drugiego człowieka myślą właśnie że to najpierw jest człowiek a potem wszystko inne. Mam wrażenie, że każdy potrzebuje czegoś żeby czuć się lepszym od drugiego człowieka i często tym czymś jest właśnie wiara.
Powoli zbliżamy się do momentu gdzie wszyscy niesamowicie obrażeni o swoją religię ludzie będą zbyt wielką i trudną do kontrolowania masą, i trzeba będzie zdecydować czy wolno nam wyznawać taką religię jaką chcemy w taki sposób jaki chcemy, że zabraniamy wszystkim jakichkolwiek manifestacji swoich religii. Bo z tego co widzę, inaczej się nie da. Przy czym osobiście uważam, że jeśli jakakowiek wiara pomaga Ci przejść przez dzień czy być lepszym człowiekiem, to jasne, jak najbardziej, ale kiedy zaczyna zmieniać się w fanatyzm to może lepiej dać sobie z nią spokój. Tylko że, w tym momencie z reguły jest za późno.
Zauważcie przy tym że każda wiara praktycznie w jakiś sposób ogranicza waszą wolność. Gdzie tak podstawowe rzeczy jak nie zabijaj czy nie kradnij są z gruntu złe i każdy posiadający jakąkolwiek ludzką moralność, wiele z zasad i zakazów najzwyczajniej ograniczają postęp. A to nie wolno zmieniać nic w ludziej strukturze genetycznej (bo bóg tak to zrobił i tak ma zostać), przy czym zapytam w takim razie: czym jest wzięcie tabletki przeciwbólowej, jeśli nie ingerencją w boskie dzieło? Przecież to on mógł zesłać Twój ból głowych, może miał w tym jakiś cel. A to nie wolno przyjmować transfuzji krwi, co dopiero jest bezsensowne i bezpodstawne. Jeśli bóg nie chciałby żebyś przyjmował krew innego człowieka, to nie stwarzałby sytuacji w których mógłbyś jej potrzebować, ani technologii na to pozwalającej. Takie jest przynajmniej logiczne wytłumaczenie, ale jak wiadomo wiara i logika nie idą w parze.
Pomyślcie jednak jak wspaniale byłoby zjednoczyć się pod jednym sztandarem, bez nienawiści, bezsensownych zakazów i nakazów, bez bogów nakazującyh Ci abyś nie przyjaźnił się z Żydami, chodził w niedzielę do kościoła czy opowiadał o swoich grzechach obcej osobie.
Uwolnij swój umysł. Pomyśl, o przyjęciu ateizmu.

Monday, 7 June 2010

Nadciąga totalny kataklizm!!!

Tak sobie pomyślałem że miło byłoby rozwinąć trochę pomysł radia, ze znacznie większą ilością audycji, może jakimiś wywiadami a kiedyś może i nawet muzyką. Postanowiłem ten projekt nazwać "Radio Lucyfer" jako że marzy mi się stworzenie radia które skontrowałoby "Radio Maryja" (a co, kto mi zabroni marzyć). Co przy frazie "Strzeżcie się niosących światłość" jest całkiem adekwatne. Ponieważ jednak jestem tylko jednym człowiekiem, prosiłbym o jakąś współpracę, więc jeśli ktoś chce szerzyć własne szaleństwo na głos, chętnie przyjdę mu z pomocą.
Więc zostawcie mi coś w komentarzach, a ja na pewno się z wami skontaktuję.

Sunday, 2 May 2010

Tłumacze bez wytłumaczeń

Jak wiadomo, w Anglii obecnie przebywa dość sporo Polaków, przy czym chyba nie jest niespodzianką że większość z nich nie zna angielskiego. W zasadzie to ich sprawa tylko, jeśli jadą do kraju w którym nie mówi się w ich rodzimym języku, jednocześnie nie ucząc się tamtejszego, ale najwyraźniej ktoś tracił na tym za dużo pieniędzy, bo coraz częściej tu i ówdzie można napotkać "oficjalnych" tłumaczy na telefon. Polega to na tym, że jeśli chce się coś załatwić np. z brytyjskim urzędem skarbowym i nie znając angielskiego telefonuje się do nich z jakimś znajomym który miałby tłumaczyć, to od niedawna już nie można tak robić; zamiast tego osoba aktualnie na linii uprze się że trzeba tłumacza oficjalnego - takiego z papierkiem, i połączy nas w 9/10 przypadków z typowym polskim urzędniczkiem któremu we łbie się poprzewracało bo dostał pozycję na (nieco) wyższym stołku. Osoba taka będzie wyraźnie dawać nam do zrozumienie że powinniśmy być wdzięczni za poświęcony nam przez tą osobę cenny czas (w końcu kawę ktoś musi pić), będzie zimna, nieprzyjemna a często też niewykwalifikowana, bowiem zdarzyło mi się kilka razy że odmówiono mi możliwości tłumaczenia dla kogoś, połączono z tłumaczem, który w środku rozmowy stwierdził ze czegoś nie wie, po czym rozłączył się.
Co do faktu dlaczego ta parodia w ogóle ma miejsce, to mam własną teorię - ktoś kto nie zna angielskiego, nie może napisać skargi, poza tym Polacy mają niejaką ogólną niechęć do pisania takich dokumentów - zbytnio to zachacza o donos, podejrzewam. A ludzie którzy znają angielski nie potrzebują tłumaczy, i koło się zamyka...
Ci panowie i panie na wysokich stołkach, zachaczający nosami o sufit chyba jednak tracili na tym jakieś pieniądze, bo coraz częściej odmawia się tłumaczącego znajomego. Jeszcze trochę i idąc do lekarza nie będę mógł sam wyjaśnić co mi dolega, bo nie jestem odpowiednio "wykwalifikowany"...

Saturday, 10 April 2010

Najciemniej jest przed świtem...

Zasalutujmy tym, którzy zginęli w służbie kraju.

Teraz, mając to już z głowy, muszę powiedzieć że mimo wszystko, to wciąż tylko ludzie, i więcej ludzi ginie na drogach co sobotę niż w tym jednym samolocie. Owszem, to byli ważni urzędniczy państwowi. Owszem, bardzo znani publicznie, ale czy to uprawnia ich do bycia traktowanymi lepiej przez media niż hipotetycznego Stefana który umarł próbując uratować jakieś dziecko? Kiedy otwieram portale informacyjne wszędzie pisze że zmarła para prezydencka, przy czym nikt tak naprawdę nie wspomina o innych ludziach którzy zginęli podczas tej katastrofy, a przynajmniej nie na frontowej stronie. A wszyscy pamiętamy, przynajmniej na razie czym w historii Polski wsławił się Kaczyński. Nikt nie wspomina np. o Annie Walentynowicz, wybitnej działaczce związków zawodowych i Damie orderu Orła Białego. Ja na przykład musiałem zostać dopiero przez znajomą uświadomiony że ona też tam zginęła.
Nie zrozumcie mnie źle, bo ja nie staram się umniejszać tego co się stało, i nie twierdzę że to nie tragedia. Tylko że takie tragedie zdarzają się bardzo często. Ludzie giną na drogach, w domach, dzieci giną cały czas w biednych krajach, bo nie mają czystej wody. Niektórzy ludzie umierają w ogóle zanim będą mieli szansę zaisntnieć w tym świecie, a media, ponieważ nie dorobią się na nich, puszczają je mimo kamer i mikrofonów.
Dalej. Dlaczego w jednym samolocie znalazło się tylu ważnych urzędników państwowych? To bardzo podejrzane, i dlaczego nie było tam premiera? Nie chcę tworzyć teorii spiskowych, ale tutaj one piszą się same.
Pozostaje mieć nadzieję, że jak zwykle w czasach prawdziwgo kryzysu Polacy po raz kolejny zbiorą się w sobie i zmotywują do działania...

Sunday, 4 April 2010

Piersi są be, czyli eksperymentalny wpis o ograniczeniach wiekowych

Witajcie w nowej siedzibie Ordo Frustratus. Od kiedy potforne pokemony najechały mojego Bloga jakiś czas temu i zabiły księgę gości spamem, szukałem nowego miejsca na umieszczanie moich frustracji, i tak się składa że ostatnio na nie trafiłem. Tutejsza placówka jest niedostępna dla klasycznych pokemonów choćby dlatego, żeby aby się tu dostać trzeba w jakimś stopniu znać angielski, a przynajmniej tak mi się wydaje...
Niemniej przechodząc do dzisiejszej frustracji - ostatnio dość sporo chodziłem do kina, i oglądając te wszystkie nowe super, i te mniej super - produkcje uderzyła mnie jedna rzecz, a mianowicie ograniczenia wiekowe jakie są na nie nałożone. W większości przypadków na chwilę obecną większość wypuszczanych z rozmachem filmów jest dozwolona od lat dwunastu, co być może nikogo by nie zdziwiło, gdyby nie fakt że niektóre rzeczy są nieźle przegięte przy tym. Weźmy na przyklad takiego Avatara Jamesa Camerona - film, tak jak większość, dozwolony od lat dwunastu, i tak na dobrą sprawę nie ma w tym nic kontrowersyjnego, ale zastanawia mnie jedna rzecz: dlaczego wszyscy są święcie przekonani że żeby patrzeć jak człowiek zostaje pożarty przez skalną harpię / zastrzelony / zgnieciony wystarczy mieć dwanaście lat, ale żeby usłyszeć "kurwa", trzeba mieć już koniecznie piętnaście (wybaczcie moją łacinę). Zastanówmy się, co tak na dobrą sprawę jest bardziej szkodliwe dla zdrowia? Nie chodzi mi o to, żeby pozwalać młodym ludziom na więcej, ale żeby nie ugrzeczniać na siłę czegoś co i tak specjalnie już się dla młodszych nie nadaje - to samo tyczyło się z resztą niedawnego Starcia Tytanów. Gigantyczne skorpiony rozcinane od środka, latające ręce, ludzie zamieniani w kamień, makabryczny przewoźnik Charon i inne rzeczy, ale film może być dla nastolatków (od dwunastu lat) bo nikt nie przeklina, no i najważniejsze, nie ma ani kawałka odkrytych piersi. Kolejny paradoks, dlaczego tak na dobrą sprawę jesteśmy tak bardzo i paranoidalnie chronieni przed erotyką bardziej niż przed czym innym? Dlaczego sceny erotyczne są ogólnie sklasyfikowane jako gorsze niż - powiedzmy - odcięcie komuś głowy? Przypomnę tutaj głośną jakiś czas temu sprawę gry Grand Theft Auto - San Andreas. Gra była między innymi w USA dozwolona od lat - uwaga! - siedemnastu, ponieważ zawierała elementy brutalnej przemocy, rasizm, narkotyki i nieodpowiednie słownictwo. Sęk w tym, że twórcy zawarli również minigrę erotyczną, która pozwalała na kontrolowanie scenek w których głowny bohater gry uprawiał seks ze swoimi partnerkami. Minigra ta jednak nie była dostępna od początku tylko okazało się że w ogóle istnieje później, kiedy odkryli i odblokowali ją ludzie tworzący modyfikacje do gry. Natychmiast zarządano wycofania produktu z półek i przy ponownym jego wprowadzaniu oznaczenia go jako gry od lat osiemanstu...
To wszystko jest chore. Nie zrozumcie mnie źle; ja nie uważam że to wszystko powinno być dostępne dla młodszych, ale sądzę że panowie mądrzy wyznaczający co można od ilu lat oglądać powinni zastanowić się nad swoją moralnością...